Wizerunkowa wydmuszka & 'I'm cute and shy'

3 komentarze

Lana Del Rey
Born To Die

[2012]

Początek roku i cały karnawał już dawno za nami. I za wszystkimi zainteresowanymi muzyką, czyżby trochę rozczarowanymi brakiem spektakularnych powrotów, debiutów i miłości od pierwszego usłyszenia?. Jeżeli tak jak ja odczuwacie wyraźny niedosyt uzasadniony ponad dwumiesięcznym zastojem w twórczych głowach – nie powinien dziwić dobór ofiary do publicznej chłosty. Głównie z powodu nieznośnie przeciągającej się w czasie próżni, braku artystów zasługujących na gorącą uwagę, to najlepszy moment na chlapnięcie paru chłodnych słów pod adresem niezwykle wyrachowanej wokalistki z zamiłowania. Osobiście wolałbym zmierzyć się z trudną sztuką oceny muzyki ścinającej z nóg i chwytającej za serce, jednak na dzień smutny i dzisiejszy pozostaje mi opisywać przykładowy obraz nędzy wydawniczej w postaci dzieła Lizzy Grant.

*Autentyczność już dawno podzieliła los dinozaurów więc po co to roztrząsać
Nie z poszukiwawczej desperacji ale ze zwykłego przypadku, kątem ucha, Marek Sierocki (czyt. świetny analityk rynku piosenki kabaretowej) przedstawiając w swoim kąciku muzycznym fenomen Lany przypomniał mi jak ważną rolę w ostatecznym sukcesie wokalisty, gitarzysty czy choćby członka grupy disco-polo odgrywa jego wyrzeźbiony wizerunek. W ten komercyjny, telewizyjno-lakoniczny sposób dowiedziałem się, że skromna i słodka Elizabeth jeszcze całkiem niedawno ledwo wiązała koniec z końcem, mieszkała w przyczepie kempingowej i szlochała nad swoim niewypalonym, prawdziwym debiutem. Wszystko to pod okiem przejętego losem swojej córki milionera Rob’a Grant’a… Historia mogłaby wyciskać łzy z ludzi o stalowej konstrukcji układu nerwowego gdyby nie fakt, że bliżej jej do parodii bajki o kopciuszku. Jaskrawy przykład na to, że metoda na ‘za górami za lasami’ jest w świetnej formie i zaskakująco dobrze się sprzedaje.

*Jeden, pełny odsłuch w skupieniu powiódł się
Odstępując od sympatycznej ironii traktującej o losach Lizzy, mimo szczerych chęci, trudno mi napisać o tej prawie pięciominutowej szczypcie dobroci, którą niewątpliwie Born To Die zawiera. Wszystko przez poczucie, że zmarnowałem ponad godzinę czasu na album, który pożarł cząstkę mojej kolorowej i bogatej wyobraźni. Jak biedny Atreyu z Neverending Story walczący z nicością niszczącą jego bajkową krainę przebrnąłem przez gigantyczne pokłady nudy, pustki i kompletny brak wyrazu. Armia ludzi w studiu pod nazwiskiem Grant stworzyła materiał długości flaków pytona z części, które akurat pałętały się pod nogami. Popowa sklejka porozciąganych do granic możliwości piosenek powstała ze znanych i osłuchanych elementów, powtarzających się lub lekko zmodyfikowanych sampli.

Bez wahania i z pewnością można wysunąć wniosek, że Born To Die żyje w asyście zakochanych fanów głównie dzięki bardzo przyzwoitemu singlowi Video games. Ta oto wcześniej wspomniana szczypta - prosta, chwytliwa, pozbawiona beznadziejnych ozdobników (uatrakcyjniających <śmiech> inne kawałki) doskonale dopasowana do mizernych warunków wokalnych Grant piosenka – działa jak magnes i pobudza apetyt… na rozczarowującą resztę. Gdyby album promowała każda inna piosenka to ‘die’ w jego tytule ziściłaby się jeszcze przed oficjalnymi narodzinami, już na wstępie.

Dlaczego więc nagrano tak rozbudowany pokaz braku przekazu, który spokojnie zmieściłby się w półgodzinnej próbce bardzo przeciętnej extended play?


free counters
  • mikelobera@gmail.com Facebook Google+

Powered by Jogger ported by Patryk Zawadzki
By Dirtybear Colors based on K2 by Michael and Chris